Reg.datum: mar 2006
Ort: Sverige
Inlägg: 162
Rykte: 0
|
Scoutläger (pĺ polska!)
„Var Redo!!!”
Żeby podskoczyć głową ponad autobus wystarczy podobno tylko chcieć. Ale o wiele łatwiej jest, gdy ma się powód. Mikołajowi się to udało, choć nigdy wcześniej nie chciał ani nie próbował. Powód miał tylko jeden.
Na przełomie maja i czerwca kadra szczepu i wybrane osoby stanęły na szwedzkiej ziemi. Zostaliśmy zaproszeni przez Niezależny Hufiec „LS-Kaszuby” ze Sztokholmu na spływ kajakowy po jeziorach wokół miasta (Od razu wyjaśnię, że Sztokholm leży w ujściu systemu rzek i jezior ciągnących się aż do granicy z Norwegią, więc było po czym pływać...). Już przed terminalem spotkaliśmy Martina Nilsona, byłego drużynowego Źródła, który obecnie mieszka w Szwecji. Z jego pomocą pociągiem i metrem dostaliśmy się do leżącej za miastem przystani gdzie czekały na nas kajaki. „Kaszubów”, (bo tak chcieli byśmy ich nazywali), spotkaliśmy po przepłynięciu kilku kilometrów. Spływ trwał cztery dni, podczas których pływaliśmy, spaliśmy pod namiotami i widzieliśmy ruiny po wikingach wznoszące się wzdłuż trasy. Co ciekawe tak naprawdę zapoznaliśmy się dopiero drugiego dnia, podczas suszenia ubrań przy ognisku po przepłynięciu znacznego dystansu podczas burzy. Potem było już tylko lepiej. Po zakończeniu spływu mieliśmy jeszcze czas na zwiedzanie Sztokholmu. Oprócz starówki, z której wypływają wodne taksówki do innych części miasta, widzieliśmy również muzeum Wasy, w którym znajduje się w całości wyciągnięty z dna XVII-wieczny okręt, wieżę telewizyjną, która zawiodła nas, bo prawie nic nie było z niej widać oraz olbrzymie stałe wesołe miasteczko „Tivoli”. Bardzo pozytywnie nastawieni wróciliśmy do Warszawy by zakończyć przygotowania do obozu, który, jak ustalono, również miał odbyć się z Kaszubami, ale tym razem w Borach Tucholskich, nad jeziorem Czerwonko.
Kwaterka na naszym obozie zaczęła się już 21 czerwca, ale ekipa kwaterkowa dni z powodu rozmaitych egzaminów zjeżdżała się jeszcze kilka przez kilka dni. Harcerze mieli pojawić się 3 lipca, i przypadek sprawił, że harcerze z Polski i ze Szwecji spotkali się już spory kawałek przed miejscem obozu. Ograniczenie wagi pojazdów przejeżdżających przez drewniany mostek kazało wszystkim wysiąść i wymieszać się we wspólną grupę próbującą ukryć się przed deszczem. W końcu jednak udało się wszystkim dotrzeć do obozu i rozpocząć prace pionierkowe. W sumie powstały cztery podobozy i jedna - wspólna - kolonia zuchowa. Komendę obozu stanowiły trzy osoby: phm. Agnieszka Starska jako komendantka, pwd. Adam Olbrycht jako oboźny i Asia Gorzko jako kwatermistrzyni, a ze strony Kaszubów druh Jan Potrykus (komendant hufca), druhna Magdalena Domagała (komendantka pionu żeńskiego) i druh Grzegorz Rózik (ekspert od kajaków i wszystkiego innego).
W zasadzie od apelu otwierającego obóz do wyjazdu Kaszubów mieliśmy tylko wspólne zajęcia. Wyjątek stanowiły dni, kiedy pojechali na wędrówki do Gdyni i na Festiwal Kaszubski do Wdzydzów Tucholskich. Znowu byliśmy na spływie, tym razem jednak w dwóch grupach (dziewczyny z Polski z chłopakami ze Szwecji i na odwrót) płynęliśmy Brdą. Odbyła się również wspólna olimpiada w strugach deszczu, zajęcia z ludźmi odtwarzającymi życie Słowian i festiwal, podczas którego przy pomocy dawnych (hełm, miecz) i współczesnych (taśma życia...) rekwizytów musieliśmy przedstawić scenkę opisującą cokolwiek, ale sensowną i wykorzystującą rekwizyty. Już następnego dnia (17.7), po watrze na która nas zaprosili, pomimo licznych protestów z obu stron, Kaszubi wyjechali. To właśnie wtedy, w szalonej pogoni za autokarem Mikołaj wbiegł na wzniesienie i nie wiele myśląc wyskoczył dalej. Przez chwilę leciał obok autokaru i widząc jego dach po chwili wylądował nie przerywając biegu.
Wyjazd Kaszubów nie oznaczał jednak końca obozowej zabawy. Jeszcze tego samego dnia odbyły się po raz pierwszy w naszym szczepie odwiedziny rodziców i wspólne ognisko. Dwa dni później wyruszyliśmy na zreformowane wędrówki, które pozbawione McDonalds’owej symboliki miały pomóc nam w budowie atmosfery w drużynach. Pojechaliśmy więc drużynami, dziewczyny z Agnieszką do Kątów Rybackich, a faceci w odwiedziny do obozu hufca Stargard Gdański nad jeziorem Słonym, gdzie pływaliśmy na żaglówkach i do późna słuchaliśmy gitary. Wróciliśmy już następnego dnia by rozpocząć schyłkową fazę obozu. Odwiedziła nas drużyna Czarny Szlak wracająca z obozu wędrownego, a potem nasz obóz przyjął jeszcze zlot dinozaurów, czyli dawnych instruktorów naszego szczepu. Odbyło się wspólne śpiewanie i wspomnienia a także mecz piłki nożnej między starą a nową kadrą wygrany przez „młodych” 4:3. A po wyjeździe dinozaurów odbył się jeszcze bieg harcerski, którego nie zaliczył żaden z uczestników i już zaczynała się demolka. Obóz skończył się bardzo szybko, ale w planach mamy dalszą współpracę z hufcem ze Szwecji. A dla ciekawych – Var Redo (czyt. War Rijadu) to po szwedzku nic innego jak CZUWAJ.
|